close

  • Być wiernym Ojczyźnie mej, Rzeczypospolitej Polskiej

     

  • AKTUALNOŚCI

  • 23 lutego 2017

    Tragedia września 1939 r. do dziś kryje w sobie wiele prawie niezbadanych faktów i wydarzeń. Jedną z takich białych plam jest historia zdobycia 13 września 1939 r. w okolicach Mozyrza dwóch polskich bombowców PZL-37 Łoś. Wydarzenie to na pewno zasługuje na szczególną uwagę.

    W okresie dwudziestolecia międzywojennego polskie lotnictwo wojskowe przebyło długą drogę w swoim rozwoju. Przed wybuchem II wojny światowej dowództwo Wojska Polskiego wyposażyło wojska lotnicze w nowoczesne myśliwce PZL P-7 і PZL P-11 oraz bombowce PZL P-23 Karaś. Według charakterystyk technicznych samoloty te nie ustępowały samolotom sąsiednich państw, w tym również ZSRS i Niemiec.

    W sowieckich „Informacjach o siłach powietrznych» wydanych w 1935 r. zaznaczono m.in.: „polski przemysł produkował dobre myśliwce rodzimej konstrukcji oraz inne rodzaje samolotów”. Jak pokaże jednak początkowy etap działań bojowych przeciwko nazistowskim Niemcom liczba nowoczesnych samolotów w Wojsku Polskim była niewystarczająca dla skutecznego prowadzenia wojny obronnej.

     

    Samolot na eksport

     

    Prawdziwą perłą polskiego przedwojennego przemysłu lotniczego był bombowiec PZL-37 Łoś. Ten samolot powinien był zastąpić przestarzały francuski Goliath i holenderski Fokker. Jak twierdzą historycy lotnictwa, Łoś należał do rodziny bombowców nowej fali. Cechą szczególną tych samolotów pod względem użycia taktycznego była większa prędkość. Na wystawach lotniczych w Belgradzie i Paryżu ten samolot wywołał prawdziwą furorę, imponując specjalistom wojskowym z różnych krajów prędkością 445 km/g і ładunkiem bombowym 2,5 t. Wkrótce do Warszawy posypały się oferty o nabyciu nowego dobrze rokującego samolotu. Wiosną 1939 r. Jugosławia podpisała umowę na dostawę 10 takich samolotów. Następnie Bułgaria wyraziła chęć nabycia 15 Łosi. Co więcej Bułgarzy wysłali swoich pilotów na szkolenia do Polski. Planowano sprzedać bombowce do Turcji i Rumunii, a licencję na budowę samolotu kupiła Belgia. Zakupem samolotów interesowała się Dania, Estonia i Finlandia. Po ataku Niemiec na Polskę PZL-37 Łoś chciano zaangażować do zmasowanego bombardowania Królewca і niemieckich lotnisk we Wschodnich Prusach. Później musiano z tego zrezygnować. Pierwszym zadaniem bojowym dla Łosi był atak jednostek Wehrmachtu w okolicach Łodzi. Według danych polskich historyków w ciągu dwóch tygodni kampanii wrześniowej polskie bombowce wykonały 100 lotów bojowych. Front jednak posuwał się naprzód zbyt szybko. W takich warunkach wykorzystanie lotnictwa było nieskuteczne i nawet niebezpieczne. Istniało zagrożenie zbombardowania własnych jednostek.

     

    Bogata zdobycz

     

    Po upływie dwóch tygodni działań bojowych w Polsce Sztab Sił Powietrznych Samodzielnego Białoruskiego Okręgu Wojskowego coraz częściej telegrafował do Moskwy o przypadkach przekroczenia przestrzeni powietrznej ZSRS przez polskie samoloty wojskowe. Dnia 12 września 1939 r. w okolicach Szepetówki granicę przekroczył polski samolot trzysilnikowy. Po tym jak wleciał 9 km w głąb sowieckiego terytorium samolot zawrócił i wrócił na polskie terytorium. Dnia 15 września 1939 r. agencja prasowa TASS poinformowała, że dwa dni wcześniej polskie bombowce przekroczyły sowiecką granicę w okolicach wsi Krzywin i Jampol. Dwusilnikowy polski myśliwiec został okrążony przez sowieckie samoloty i zmuszony do lądowania. Polscy piloci: podchorąży Henryk Udyk, kapral pilot Józef Bidyk i szeregowy Stanisław Hońdo zostali aresztowani.

    Dnia 13 września 1939 r. podobne wydarzenia miały miejsce na terytorium BSRS. W raporcie naczelnika I Oddziału Sztabu Sił Powietrznych Armii Czerwonej płk Pientiukowa o przekroczeniu zachodniej granicy ZSRS przez polskie samoloty wojskowe zanotowano: „O godz. 16.30 dnia 13 września 1939 r. w okolicach Żytkowicz (100 km na północny zachód od Mozyrza) trzy polskie samoloty Łoś (PZL-37) przekroczyły naszą granicę i wleciały 130 km w głąb terytorium Związku Sowieckiego. Jeden z polskich samolotów w okolicach Wasilewiczy (44 km na północny wschód od Mozyrza) rozbił się. Załoga zginęła. Dwa pozostałe polskie samoloty przechwyciły nasze myśliwce i zmusiły je do lądowania w polu koło Dawidowicz. Załogi nie ucierpiały, samoloty PZL-37 są sprawne technicznie”. Doniesienie TASS o tym wydarzeniu zawiera informacje o tym, że 12 polskich pilotów zostało zatrzymanych.

     

     

    Co się naprawdę wydarzyło tego dnia? Z lotniska w Prużanie wystartował klucz (3 samoloty) ze składu 213. eskadry ćwiczebno-bombowej Wojska Polskiego pod dowództwem por. pilota Edwarda Bohdanowicza. Poza tym za sterami polskich samolotów znajdowali się: por. Edmund Rój, por. Józef Kawka i sierż. Jan Bardyga oraz ich załogi. Samoloty leciały na polskie lotnisko Hutniki pod Brodami, lecz w pewnym momencie wskutek złych warunków pogodowych i braku przyrządów nawigacyjnych piloci zboczyli z kursu i przekroczywszy granicę sowiecko-polską wlecieli 130 km w głąb terytorium BSRS. Na przechwycenie gości z „burżuazyjnej Polski” poderwano sowieckie myśliwce. Samoloty z czerwonymi gwiazdami na skrzydłach próbowały zmusić Polaków do lądowania, lecz tamci próbowali wrócić. Być może jeden z bombowców (ten, który się rozbił koło Wasilewicz) podjął walkę z sowieckimi samolotami i został zestrzelony. Dwa pozostałe samoloty natomiast trafiły do rąk sowieckich władz.

     

    Tragedia pilotów

     

    Załogi tych samolotów zostały aresztowane przez straż graniczną. Wkrótce po tym polskich pilotów przewieziono do Mińska i zaczęto przesłuchiwać. Następnie pilotów wysłano do obozów jeńców wojennych. Dwa lata później, 5 października 1941 r., dowódca jednego z samolotów, por. Edmund Rój zmarł z wycieńczenia przy wyrębie lasu w obozie Kargopol w obwodzie archangielskim. W jednym z obozów GUŁagu zginął por. Zbigniew Wójcik. Sowiecką niewolę przeżyli por. Edward Bohdanowicz, sierż. Jan Bardyga i jeden z mechaników Stanisław Nowik. Później ci troje wstąpili do armii gen. Władysława Andersa i opuścili Związek Sowiecki w 1942 r. E. Bohdanowicz, który wkrótce otrzymał stopień kapitana, walczył przeciwko nazistom nad Atlantykiem i został uhonorowany licznymi orderami i odznaczeniami brytyjskimi i polskimi. Samolotem, który rozbił się koło Wasilewicz, kierował por. Józef Kawka. Członkami jego załogi byli mechanik Czesław Czarnomski i kapral Stefan Pietrzak. Niestety nie wiadomo, co się stało ze zwłokami pilotów. Prawdopodobnie polscy piloci zostali pochowani gdzieś w pobliżu.

     

    Łosie lecą do Moskwy

     

    Wiadomość o przechwyconych polskich bombowcach zainteresowała 5 Wydział Wywiadowczy Sztabu Armii Czerwonej. Wkrótce na miejsce lądowania przybyła grupa specjalistów Instytutu Badawczego Sił Powietrznych na czele z kierownikiem oddziału samolotów I. Pietrowem. Pilotować polskie bombowce mieli najlepsi sowieccy piloci doświadczalni: K. Kalilec, M. Niuchtikow i P. Stefanowski. Przegląd polskich samolotów wykazał, że są sprawne technicznie i gotowe do przelotu.

    Zresztą, jak wspominali sowieccy piloci, którzy uczestniczyli w tej operacji specjalnej, układ sterowania Łosi znacznie różnił się od tego, który był w sowieckich samolotach. Obawiając się problemów z systemem hydraulicznym, piloci wystartowali z wypuszczonym podwoziem i wzięli kurs na Bobrujsk. Operacja transportu zdobycznych samolotów została utajniona, nikt o niej nie poinformował dowództwa jednostek obrony przeciwlotniczej Armii Czerwonej stacjonujących w mieście nad Berezyną. Dlatego, gdy nad miastem pojawiły się samoloty z polską szachownicą na skrzydłach, dowódcy artylerii przeciwlotniczej wydali rozkaz: „Ognia!”. Sowieccy piloci musieli popisać się umiejętnościami pilotowania, by nie trafić pod ostrzał. W końcu PZL-37 Łoś udało się posadzić na lotnisku w Bobrujsku.

     

     

    Następnego dnia samoloty wyruszyły do miejsca przeznaczenia. Już w Moskwie ze zdobycznymi samolotami zapoznali się przedstawiciele sowieckiego rządu i dowództwa Armii Czerwonej. Według niektórych źródeł cud polskiej myśli inżynieryjnej przyjechał zobaczyć sam „wódz narodów” towarzysz Stalin. Zdobyte pod Mozyrzem samoloty pochodziły z różnych serii. Jeden z nich PZL-37 B wyprodukowano w 1939 r. Drugi bombowiec PZL-37A bis wyprodukowano wcześniej, pochodził z 2 serii z połowy 1938 r. Ten samolot specjalnie opracowano do celów ćwiczebnych.

    Za miejscem pilota zrobiono drugie – przeznaczone dla instruktora. Była tam również dodatkowa tablica rozdzielcza z podstawowymi urządzeniami kontroli i sterowania. Na obu polskich bombowcach nie było bomb, a jeśli chodzi o broń palną, na jednym z samolotów był karabin maszynowy. Brakowało również niektórych urządzeń. Przykładowo na PZL-37A bis brakowało radiostacji і kompasu nawigacyjnego.

     

    Badania zdobyczy

     

    Dnia 4 października 1939 r. samolot PZL-37 B zderzył się z myśliwcem І-15 bis. Mały sowiecki dwupłatowiec trafił pod śmigła polskiej maszyny i został w całości rozcięty. W bombowcu uległo uszkodzeniu prawe skrzydło i zostało pogięte śmigło. Mjr W. Lisicyn, który pilotował polski samolot, nie doznał obrażeń, natomiast pilot sowieckiego dwupłatowca inżynier 3 stopnia B. Koszczawcew zginął na miejscu. Podczas „wyprawy Armii Czerwonej na Zachodnią Białoruś i Zachodnią Ukrainę” we wrześniu 1939 r. do dyspozycji dowództwa sowieckich Sił Powietrznych było wiele różnych polskich samolotów, w tym również Łosi, lecz brakowało części do nich.

    Sowieccy specjaliści wojskowi zajmowali się badaniami w locie drugiego samolotu – PZL-37A bis. Samolot badano dość aktywnie: w okresie od października do grudnia 1939 r. wykonano 39 lotów. Na inżyniera prowadzącego do zdobycznych polskich samolotów wyznaczono inżyniera wojskowego 2 stopnia Paniuszkina. Pilotowali Łosia mjr Niuchtikow i kpt Chrypkow, lecz kilka lotów wykonali również mjr Stefanowski, mjr Kabanow i kpt Dacko. Nawigatorami byli mjr Pierewałow, Nikitin i Cwietkow. Szczególnych wydarzeń w trakcie lotów nie było. Tylko 21 października 1939 r. w powietrzu pękła rurka siłownika podwozia. Pilot zareagował we właściwym czasie i nie doszło do awarii. Okazało się, że zdobyczny PZL- 37 A bis był zużyty. Na podstawie dokumentów ustalono, że Łoś, zanim został przechwycony pod Mozyrzem, spędził w powietrzu ponad 100 godzin i wykonał 558 lądowań (co było właściwe dla samolotu ćwiczebnego). W trakcie badań często pojawiały się problemy z zespołem śmigłowo-silnikowym, który osiągnął kres swoich możliwości. Natomiast bojowy PZL-37 B posiadał silniki Pegasus XX o większej mocy i dlatego był szybszy.

    Sowieccy piloci stwierdzili, że Łoś jest stabilny we wszystkich reżimach lotu, a pilotowanie jest prostsze. Zwrócono również uwagę na wygodę eksploatacji bombowca i dobry dostęp do jego węzłów i zespołów. Wysoką ocenę sowieckich inżynierów i pilotów otrzymała praca polskiego zakładu w Okęciu. Chodziło o wysoką jakość montażu i staranność wykonania instalacji. Z punktu widzenia konstrukcji zainteresowanie sowieckich specjalistów wzbudziło podwozie.

    Sowieccy inżynierzy byli zaskoczeni brakiem w polskim samolocie przy dużym ładunku bombowym (do 2580 kg) zewnętrznego podwieszania bomb. Uznali natomiast za bardzo udane ich wewnętrzne rozmieszczenie. Po zakończeniu badań 5 stycznia 1940 r. PZL-37 Łoś przekazano do dalszych badań do zakładu Nr 156 w Moskwie. Przez cały ten czas znajdował się tam Łoś, uszkodzony podczas badań w październiku 1939 r. Polskie bombowce rozebrano na poszczególne węzły, które dokładnie zmierzono i zważono. Specjaliści zakładu wykonali rysunki techniczne całego samolotu oraz jego podstawowych węzłów i najważniejszych części. Samoloty fotografowano na wszystkich etapach rozbiórki. Konstrukcję polskiego Łosia analizowano pod kątem ewentualnego zapożyczenia udanych rozwiązań inżynieryjnych. Pracę kolegów z biura konstrukcyjnego Państwowych Zakładów Lotniczych sowieccy specjaliści ocenili dość wysoko, podkreślając, że konstrukcja samolotu PZL-37 jest nowoczesna, zarówno pod względem aerodynamiki, jak i technologii oraz eksploatacji.

     

     

    Ihar Mielnikau,

    doktor historii

    Drukuj Drukuj Podziel się treścią: